wtorek, 14 lutego 2017

CAŁY JEGO ŚWIAT

Krótka historia o tym, jak odzyskać cały swój świat.

SS&HG, kanon jest taki, jak każdy widzi. Bo walentynki, więc mogę. 
Dedykacja dla wszystkich, którzy byli i zostali. Kocham Was i doceniam, że nadal tu tkwicie <3






Severus Snape potarł nasadę nosa, pierwszy raz czując, jak jego ręce drżą ze zdenerwowania. Minerwa przyglądała mu się z rozbawieniem na twarzy i unosiła brew, czekając aż w końcu coś powie, ale po jego minie wywnioskowała, że nic takiego nie będzie miało miejsca. Upiła łyk herbaty nie spuszczając wzroku z przyjaciela i czekała cierpliwie, zastanawiając się jak dorosły mężczyzna po tylu przejściach w sytuacjach sercowych może zachowywać się jak dziecko.
— Powinieneś z nią porozmawiać — powiedziała. — Porozmawiać, spróbować wytłumaczyć. Nie krzyczeć — dodała, widząc, że przyjaciel otwarł usta.
— Myślisz, że nie próbowałem? — prychnął. — To najbardziej uparta czarownica na świecie, uwierzysz, że nawet bardziej niż ty i ja razem wzięci?
— Uwierzę — przyznała rozbawiona Minerwa. Snape zmierzył ją ponurym spojrzeniem czarnych tęczówek i upił łyk wietrzącej się whisky, czując gorzki, piekący smak na końcu języka. Ciepło rozeszło się po jego ciele, ale nie uspokoiło go. Niestety. Bo miał ochotę wybuchnąć.
— Dlaczego ona zawsze musi mieć swoje zdanie? Na każdy temat?
— Każdy ma swoje zdanie na każdy temat — odparła błyskotliwie Minerwa.
— Zaczynasz gadać jak Albus. To przez słodycze? — spytał kpiąco mężczyzna, a starsza czarownica zaśmiała się cicho.
— Unikam ich, Severusie, dobrze o tym wiesz. Może to ten fotel. Czuję, że dodaje mi mądrości — stwierdziła, na co jej towarzysz jedynie wywrócił oczy ku niebu.
— Raczej głupoty. Bredzisz straszne farmazony.
— Taka rola przyjaciół, mój drogi chłopcze.
— Nie matkuj mi, Minerwo.
— Nie matkuję — odparła kobieta. — Mówię tylko, żebyś zachował się jak dorosły i wyciągnął rękę. Ona nie zrobiła ci nic złego.
— Nic złego — prychnął Snape rozżalony, że jedyna osoba, którą tolerował i mógł nazwać przyjacielem, nie była po jego stronie. — Ty tego oczywiście nie potępiasz? Nadal jest twoim ulubionym pupilkiem?
— Zawsze uważałam, że Hermiona jest mądrą i rozsądną czarownicą. Ta sytuacja tylko mnie w tym utwierdziła.
Snape świdrował dyrektorkę morderczym spojrzeniem, a Minerwa jeszcze szerzej się uśmiechnęła.
— Solidarność bab. Merlinie, daj mi cierpliwości.
W akompaniamencie śmiechu Minerwy wyszedł z gabinetu i zaczął wędrówkę pustymi, pogrążonymi w mroku korytarzami zamczyska, które zawsze wydawało mu się nieco zbyt wielkie. Zaczęły go irytować odgłosy pochrapywania co poniektórych obrazów więc przyspieszył kroku, chcąc udać się do swoich komnat.
Zanim jednak skręcił za kolejny róg poczuł, że coś małego wpada na niego z impetem i zobaczył, jak drobna krukonka odskakuje do tyłu, zamierając z przerażenia.
— Proszę, proszę — mruknął. — Higgins. Która godzina?
— Profesorze, bo… — Niebieskie oczy rozszerzyły się w strachu, a dziewczynka zrobiła krok w tył. Snape przybrał popisową minę, unosząc brew i zakładając ręce na piersi.
— Bo, bo. Zawsze jakieś wymówki. Lepiej naucz się korzystać z zegarka — prychnął kpiąco. Dziewczynka spuściła głowę, a jej ciemne loki opadły na jej twarz, całkowicie ją zasłaniając. Snape na moment zamilkł, czując, że krukonka kogoś mu przypomniała. — Marsz do dormitorium.
Zanim jednak zdążyła go minąć zauważył w jej zaciśniętej dłoni coś, co przykuło jego uwagę. Zagrodził jej drogę i wystawił otwartą dłoń przed jej nos, a widząc otwarte usta miał ochotę się roześmiać.
— Profesorze Snape, proszę… — zaczęła błagalnie, ale jej wyraz twarzy nie zrobił na mężczyźnie żadnego wrażenia. — To jeden dzień w roku…
— Taki sam, jak każdy inny, Higgins.
— Ale to walentynki… — jęknęła, zerkając smutno na czerwoną, zaczarowaną różę w dłoni. — Proszę, ja… Tak długo czekałam…
Wyrwał jej kwiat, zanim dokończyła mówić.
— Całe trzynaście lat, co Higgins? Marsz do dormitorium — wycedził, pochylając się w jej stronę. Dziewczynka wydęła usta i zagryzła zęby, ale wiedziała, że nie ma szans przegadania surowego nauczyciela. Wyminęła go ze spuszczoną w podłogę głową, więc Snape dodał głośniej i z nutą tryumfu: — Ach i Higgins. Twoje nocne schadzki kosztowały Ravenclaw dziesięć punktów.
— Dziesięć? — zapytała, widząc jak uśmiechający się pod nosem Snape odchodzi w stronę schodów.
— Dwadzieścia, skoro tak wolisz. A jeśli spotkam cię tu jeszcze raz, czeka cię szlaban. Pan Filch dawno chyba nie oliwił swoich łańcuchów.
Dziewczynka przełknęła ślinę i uciekła, a Snape schodząc po schodach słyszał tylko jej szybkie, oddalające się kroki. Spojrzał na różę w swojej dłoni i zastanowił się, czy on w wieku trzynastu lat też był tak nabuzowany hormonami. W tej chwili jednak jego myśli skierowały się na swoje własne tory i wchodząc do swojego gabinetu wspominał już tylko Hermionę i ich ostatnią kłótnię.
Nie potrafił zrozumieć. Był zbyt zapatrzony w siebie, aby umieć spojrzeć na jej uczucia. Ta dziedzina nigdy nie była jego konikiem i teraz, kiedy musiał zrozumieć emocje i to, co siedzi w jej sercu po prostu poległ. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego marnuje swoje życie dla niego. Wystarczająco poświęciła, kiedy podczas bitwy uratowała jego, zamiast swojego przyjaciela. Wystarczająco poświęciła, kiedy konsekwencją jej wyboru okazała się utrata bliskich.
Warknął i spojrzał na gzyms kominka, czując, że nie jest pewien niczego. Kochał ją, chociaż sam przed sobą nie umiał tego przyznać. Nawet kiedy ona jawnie wyjawiła mu swoje uczucia w twarz. Nawet kiedy przyrzekał jej, że się nią zaopiekuje. Nawet kiedy ona wybrała jego ponad cały świat. On nadal nie mógł wykrztusić z siebie tych dwóch słów.
Dotknął zamszowego pudełeczka i przypomniał sobie, wyraz twarzy swojej matki, kiedy wręczała mu je, aby przekazał je Hermionie. Nigdy nie sądził, że kobieta, która w jego głowie znaczyła tak niewiele, okaże się tą z największym zrozumieniem. Po latach nienawiści i rozłąki przytuliła go tak, jak wtedy kiedy był małym chłopcem. Po latach przeświadczenia o jej winie Severus zrozumiał, że to nie ona była winna. I ku jego szczeremu zaskoczeniu, Hermiona doprowadziła do porozumienia jego rodziców. Rehabilitowani państwo Snape byli jedynymi poza Minerwą, którzy nie zadawali pytań. Po prostu zrozumieli.
Wsunął pudełeczko do kieszeni i wciąż ściskając w ręku różę wszedł do kominka.
— Spinner’s End — mruknął, rzucając pod nogi nieco proszku Fiuu. W następnej chwili stał w pięknym, wyremontowanym salonie i patrzył na zaskoczonego ojca, który wciąż nie przyzwyczaił się do magii, która go otaczała.
— Severusie — odezwał się swoim niskim, przepitym głosem. Alkohol wyrządził na jego ciele więcej szkód niż wszystkie cruciatusy na ciele Severusa. Skóra zaczęła się marszczyć, a oczy były bardziej mętne, choć nadal obserwowały otoczenie z bystrością umysłu. — Co tu robisz?
— Mieszkam, o ile dobrze pamiętam — mruknął Severus. Zacisnął w kieszeni pięści, wciąż gdzieś w głębi radząc sobie z gniewem na jego widok. — Gdzie Hermiona?
— W sypialni — odpowiedziała Eileen, wyłaniając się z kuchni. Spojrzała zaskoczona na syna i zmarszczyła ciemne brwi. — Severusie, wszystko w porządku?
— Jeszcze nie — mruknął tajemniczo i ruszył ku schodom.
— Severusie.
Głos ojca zatrzymał go natychmiast. Spojrzał na wysokiego, lekko posiwiałego mężczyznę, którego wąskie wargi układały się w wyraz zaniepokojenia.
— Później — warknął.
— Jeśli zamierzasz znów na nią krzyczeć to poczekaj. Mała właśnie zasnęła — powiedziała Eileen, wiedząc doskonale co oznacza wzrok syna.
Severus poczuł skurcz w żołądku. Widok jego rodziców razem nadal był czymś dziwnym i nowym, do czego za Merlinie nie umiał się przyzwyczaić. Zwłaszcza, kiedy wychudzona ręka ojca objęła ramiona jego matki. Odwrócił się i wdrapał się po schodach, stając przed białymi, prostymi drzwiami.
Jego dłoń zadrżała na klamce, kiedy uchylił je lekko. Niewielki, ale przestronnie udekorowany pokój pogrążony był w półmroku. Kinkiet pomiędzy dwoma, małymi oknami palił się mdłym, białym światłem. Zobaczył Hermionę stojącą tyłem do niego, wpatrzoną w krajobraz za oknem. Widział jak jej ciało porusza się lekko, kiedy kołysała ich córkę do snu.
— Po co przyszedłeś? — spytała, nie odwracając się do niego. Wciąż była zła. Snape nie wiedział dokładnie co jej odpowiedzieć. Nadal, mimo roku, który upłynął odkąd byli ze sobą, nie umiał za bardzo radzić sobie w związku. Mimo rad Minerwy i Eileen nie umiał przemóc się i spuścić z tonu, wtedy kiedy wypadało. Wciąż był tym samym dupkiem z lochów, w którym Hermiona się zakochała. I wciąż udowadniał, że życie z nim jest ciężkim kawałkiem chleba.
Podszedł do niej powoli, a widząc lekko zarośniętą główkę na ramieniu dziewczyny pochylił się i ucałował jej czubek. Hermiona zaskoczona odwróciła się do niego i uniosła brew. Ciemne okręgi okalające jej oczy wskazywały, że po jego wyjściu musiała przepłakać niemal każdą godzinę. A mimo to nie zaniedbała obowiązków matki.
— Dla ciebie — powiedział, kładąc na komodzie obok nich różę, a wzrok Hermiony uważnie śledził jego ruchy, co niesamowicie go irytowało.
— Nie musiałeś się wysilać. Zwykłe przepraszam by wystarczyło — odparła zjadliwie na tyle, na ile mogła. Niemowlak na jej piersi poruszył się niespokojnie, a ona poklepała go delikatnie po pleckach i pogładziła różowe śpioszki.
— Możemy porozmawiać jak dorośli? — spytał cicho, nie chcąc obudzić małego diabła.
— Nie wiedziałam, że znasz takie pojęcie — mruknęła, ale po chwili milczenia odłożyła małą do kojca i wyszła, nie zaszczycając Severusa nawet spojrzeniem. Zszedł za nią na parter i kiedy oparła się o blat kuchenny, spojrzał na nią łagodnie.
Mimo ogromnej złości czuł wyrzuty sumienia, że Hermiona znów przez niego płakała. Była jedyną osobą, wobec której poczuł coś więcej i obiecał sobie, że nigdy jej nie skrzywdzi. A właśnie to zrobił, kiedy dzisiejszego poranka stwierdził, że marnuje sobie przy nim życie. I że powinna była pozbyć się dziecka, póki to było możliwe.
Miał ochotę wyrwać sobie język za te słowa. Żałował ich jak niczego innego na świecie, a jej mina i łzy, które pojawiły się natychmiast po tym uświadomiły go w tym, że jest największym idiotą pod słońcem.
— Hermiono.
— Nie chcę znów słuchać twoich fanaberii — zaczęła ostro. W jej oczach pojawił się cień smutku, który miażdżył Severusowi serce. — Nie wybaczę ci, że to powiedziałeś.
— Przepraszam — powiedział tak niespodziewanie, że Hermiona miała wrażenie, że się przesłyszała. Stała jak sparaliżowana, obserwując ukochanego, który pierwszy raz wyglądał, jakby naprawdę żałował. Nie mogła jednak wyjść z szoku i tylko uchyliła wargi, nie wiedząc co powiedzieć.
— Przepraszam? — spytała w końcu, widząc, że nie doczeka się niczego więcej. — Severusie, to co powiedziałeś nie zniknie tylko dlatego, że raz w życiu zmusiłeś się do powiedzenia przepraszam. — Spojrzała na niego błagalnym, desperackim wzrokiem i dodała: — Zrozum, człowieku, że ja cię kocham ponad wszystko na tym świecie i nigdy, nigdy — podkreśliła — nie żałowałam i nie będę żałować tego, że jestem z  tobą. Wiem, że ty masz w głowie swoje chore paranoje, ale myślałam, że do tej pory zdążysz to zrozumieć.
— Tu chodzi o ciebie — warknął. — O twoją zmarnowaną przyszłość. O karierę, której nigdy nie rozpoczęłaś. O ambicje, które musiałaś w sobie zdusić.
— Nie mów mi, że zacząłeś się przejmować — prychnęła. Każde spojrzenie na Severusa utwierdzało ją w przekonaniu, że nadal go kocha. Mimo, iż serce rozerwał jej na milion kawałków.
— Uwierzysz jak ci powiem, że zacząłem? — spytał, a ona założyła szczupłe ręce na piersiach.
— Uwierzę jak zobaczę — wyszeptała ze łzami w oczach. Severus poczuł, że to ten moment i podszedł do niej, mocno biorąc ją w ramiona. Objął jej kruche ciało i poczuł, że wczepia się w niego z zaskakującą siłą. Pogładził jej włosy, których niegdyś tak nienawidził, a które teraz jednoznacznie kojarzyły mu się z jej ciepłem. — Przyrzeknij mi na wszystko, co ma dla ciebie znaczenie, że nie miałeś tego na myśli.
Severus spojrzał na nią z góry, nie wypuszczając jej z objęć i pogładził szorstką dłonią jej czerwony od płaczu policzek.
— Przyrzekanie na wasze życie wystarczy? — spytał poważnie, widząc w końcu na jej ustach słaby uśmiech. Hermiona zaśmiała się przez łzy i otarła policzki, zerkając na mężczyznę normalnym, łagodnym spojrzeniem.
— Wystarczy.
Stali przez chwilę w ciszy, a każde z nich trzymało w tej chwili cały swój świat. Bez nich dwojga nie byłoby istotki na piętrze, którą oboje pokochali, mimo iż jedno z nich się tego wyparło.
— Ta sytuacja mnie po prostu przerosła — przyznał Snape ponuro i oparł podbródek na czubku głowy Hermiony. Dziewczyna zaśmiała się cicho, jednak w tej chwili kominek zatrzeszczał, a do salonu wpadła Minerwa. Tobias spojrzał na nią niepewnie, czując, że ma dość czarodziejów wyskakujących z jego kominka jak na jeden wieczór.
— Minerwo.
— Tobiasie, gdzie twój wstrętny syn? — warknęła dyrektorka, a kiedy mężczyzna jedynie uniósł brew w odpowiedzi, prychnęła. — No tak. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Severusie!
— Nie krzycz, Minerwo. Obudzisz diabła — mruknął kpiąco, wychodząc z kuchni, na co Hermiona posłała mu rozbawione spojrzenie.
— Nie krzycz? Merlinie, daj mi siły — mruknęła, na co młodszy Snape odparł z przekąsem:
— Może lepiej nie. Wtedy to nawet ja bym się bał podchodzić.
— Okradłeś uczennicę! — powiedziała ostro Minerwa, grożąc mu palcem. — Ty stary, przebrzydły, zapyziały hipokryto. Filius wszystko mi powiedział, jak dziewczyna przybiegła do niego zapłakana, bo profesor odebrał jej prezent od chłopaka! 
— Severusie — jęknęła oskarżycielsko Hermiona.
— I ty Brutusie? — spytał Snape, zerkając na dziewczynę stojącą obok niego.
— Synu, wytłumacz się — powiedział ostro Tobias.
— Wiedziałam, że ta róża wydawała mi się jakaś podstępna — mruknęła rozbawiona Hermiona. Zerknęła na Severusa z uniesioną brwią, a mężczyzna, widząc, że trzy pary pytających oczu go obserwują, wypuścił z płuc powietrze, teatralnie wywracając oczy.
— Miałem to zrobić na spokojnie, ale widzę, że z niektórymi się nie da — mruknął, zerkając na Minerwę wymownie. Starsza czarownica zapowietrzyła się na moment, ale kiedy jej przyjaciel wyciągnął puzderko i otworzył je przed Hermioną, wszyscy zamilkli.
— Co tu się dzieje? — warknęła niespodziewanie Eileen ze szczytu schodów, patrząc na zbiorowisko zdenerwowanym wzrokiem.
— Twój syn chyba się właśnie oświadcza — powiedziała zszokowana Minerwa, wciąż przypatrując się Severusowi.
On jednak patrzył tylko w jednym kierunku. Nie tak sobie to wyobrażał, nie chciał robić z tego widowiska, ale taka okazja była równie dobra, co każda inna.
— Szczęśliwych walentynek — powiedział poważnie i odczekał, aż twarz Hermiony ponownie nabierze kolorów. Miał gdzieś, co w tej chwili myślą jego rodzice i Minerwa. Miał gdzieś wszystko inne. Liczyła się już tylko Hermiona. A dzisiaj, czternastego lutego, uświadomił to sobie dość dobitnie.
— Czy ty… — wyszeptała zachrypniętym głosem i spojrzała na niego oczami pełnymi łez.
— Tak, kretynko. Oświadczam ci się.
Minerwa, Tobias i Eileen obserwowali ich z równie zaskoczonymi minami, co sama zainteresowana. Najstarsza z towarzystwa gryfonka uśmiechała się pod nosem, a rodzice Snape’a spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się wzruszeni, że dożyli momentu, kiedy ich syn będzie brał ślub. Razem, po raz pierwszy szczęśliwi, że ich życie wyszło na prostą. Spojrzeli na syna, który zaczynał powoli się denerwować.
— Zgodzisz się? — spytał. — Bo nie przygotowałem drogi ucieczki na wypadek odmowy, więc…
— Nie — powiedziała Hermiona i roześmiała się na głos, ku zaskoczeniu wszystkich zebranych. Snape zmarszczył brwi, zdezorientowany mylnymi sygnałami, które odbierał.
— Nie? — powtórzył, a dziewczyna uśmiechnięta od ucha do ucha, z policzkami mokrymi od łez, uwiesiła się na jego szyi.
— Nie, idioto. Już dawno temu się zgodziłam — powiedziała, czując jak mięśnie mężczyzny zaciskają się na jej ciele w żelaznym uścisku.
Poczuł, że jego cały świat właśnie się zamknął. Zamknął na niej, na jej orzechowych oczach wpatrujących się w niego z największym oddaniem, jakie kiedykolwiek widział. Na jej rozczochranych włosach, na jej piegach na czubku nosa. Na jej pięknym, dziewczęcym uśmiechu.
Na Hermionie Granger. I na małym potworze, który właśnie oznajmił swoją obecność. Na jego najjaśniejszym promieniu. Sophie.